Piję w spokoju poranną kawę i czytam mój ulubiony modowy
magazyn, gdy słyszę pukanie do moich drzwi. W końcu moich i tylko moich.
Przedwczoraj się tutaj wprowadziłam, bo miałam już dość mieszkania z wścibską
siostrą.
Ponowne pukanie. Co za genialny człowiek nie zauważył
dzwonka… Jest centralnie koło klamki. Podeszłam do drzwi, stanęłam na
palcach, bo oczywiście do wszystkiego jestem za niska i uniosłam metalową
blaszkę od wizjera. Przed drzwiami stoi młody, delikatnie umięśniony mężczyzna z rękoma schowanymi
za plecami jakby coś trzymał i chciał to ukryć. A on co ? Nagle zachwiałam się
i upadłam z piskiem na karton z częściami do komody. Ała, potłukłam sobie kość
ogonową, super. Szybko się pozbierałam i otworzyłam drzwi, powitał mnie
śnieżnobiały uśmiech.
- Cześć jestem Matt, coś huknęło. Wszystko w porządku ?
- Cześć, yy tak.
- Mieszkam naprzeciwko – powiedział wskazując palcem drzwi
które znajdowały się dokładnie 2,5 metra przede mną – widziałem cie dwa dni
temu jak wnosiłaś swoje rzeczy i pomyślałem, że się przywitam – wyciągnął prawą
rękę zza pleców, a w niej trzymał czerwonego tulipana – lubię też być miły.
Moja babcia zawsze mówiła, że pięknym kobietą powinno się dawać piękne kwiaty.
Zaśmiałam się cicho, bo to naprawdę było miłe.
- Twoja babcia dobrze mówiła.
- Tak pomyślałem – spojrzał za moje ramię na karton z komodą
– że może przyda ci się jakaś pomoc, na przykład w składaniu mebli.
- Za dużo myślisz, ale no tak, dziś wieczorem czeka mnie randka z wiertarką i
młotkiem, ale myślę, że dam sobie sama radę. – Nie lubię, gdy mężczyźni
uważają, że kobiety nie dadzą sobie same z czymś rady. Chociaż dobrze wiem, że
nie o to mu chodziło. Chciał po prostu zaproponować swoją pomoc.
- Okej, w takim razie, gdybyś zmieniła zdanie i mógłbym
przyłączyć się do randki lub po prostu potrzebowałabyś pomocy to daj znać,
daleko do mnie nie masz.
I ten jego uśmiech… Niech lepiej przestanie bo znowu się
przewrócę i będzie musiał mnie odklejać od wycieraczki.
- Okej, w razie czego przyjdę po pomoc. Cześć.
- Cześć.
I zamknęłam drzwi.
Po dopiciu kawy poszłam do sklepu bo moja lodówka świeciła pustkami. Gdy wróciłam zrobiłam obiad i zjadłam go leżąc przed telewizorem.
Zmyłam naczynia i postanowiłam zabrać się za komodę.
Starannie rozerwałam nożem taśmę, którą było obklejone
pudełko i je otworzyłam. Pierwsza w oczy rzuciła mi się instrukcja więc
położyłam ją na blacie, który oddzielał kuchnię od salonu. Wzięłam pudełko z
śrubkami i oczywiście jak to ja musiałam je posegregować, żeby wszystko dobrze
widzieć, czarno na białym. To samo zrobiłam z deskami od szuflad i zewnętrznej
części komody. Okej, więc zaczynamy. Otworzyłam instrukcję i sprawdziłam co
będzie mi potrzebne. Młotek, śrubokręt płaski i krzyżowy. Chwila… młotek. Tego
mi brakowało. – No nie ! – zawiedziona usiadłam na podłodze. Spojrzałam na
zegarek w telefonie – 18:49. Super, rodzice jak co środę pojechali do starych
znajomych, więc nawet nie ma co próbować się do nich dodzwonić. A tak chciałam złożyć ją dzisiaj bo to jedyne co mi zostało, resztę
mebli odkupiłam w przystępnej cenie od poprzednich właścicieli. Chwila, a Matt
? W końcu powiedział, że mogę na niego liczyć. No dobra, jeśli powiem, że
potrzebuję tylko młotek to może nie uzna, że nie daję sobie z nią rady.
Wstałam, wyszłam na korytarz i zadzwoniłam dzwonkiem.
- Cześć, jednak się przydam ? – powiedział znowu tak się
uśmiechając.
- Hej, potrzebuję tylko młotek. – Niech nie myśli, że nie
dam rady.
- Dobrze, zaraz coś znajdę, proszę wejdź – zachęcił mnie
machnięciem ręki, otwierając szerzej
drzwi.
Weszłam do środka i kiedy on poszedł po młotek ja
rozejrzałam się po malutkim korytarzu. Zaraz koło drzwi była wbudowana duża,
rozsuwana szafa w ścianę z lustrem na środku. I w sumie to tyle jak na
korytarz. Był wąski, więc się nie dziwię. Przyszedł Matt.
- Proszę – powiedział podając mi młotek – może jednak
chcesz, żebym ci pomógł ? – Zapytał z troską.
- Dziękuję. I spokojnie dam sobie radę. – odpowiedziałam
uśmiechając się i wychodząc na klatkę.
Pomachał mi na pożegnanie i zamknął
drzwi.
Weszłam do mieszkania i rzuciłam mi się w oczy deska, z
której miałam zrobić wieszak. Wcześniej ją tylko przetarłam papierem ściernym i
pomalowałam na miętowo. Teraz wygląda pięknie, miała jeszcze wyrzeźbione
brzegi co dodawało jej uroku. Obok leżała torebeczka z białymi dużymi gwoźdźmi,
które chciałam w nią wbić, aby wieszać na niej moje ulubione kapelusze i szale.
Skoro mam już młotek to może to zrobię ? Tak. Wzięłam wszystko i poszłam do
salonu.
Na kartonie położyłam deskę i zaznaczyłam ołówkiem gdzie je mogę wbić.
Przy okazji, że leżał obok pilot od telewizora to włączyłam wiadomości. Okej,
działajmy – powiedziałam w myślach zabierając się za pierwszego gwoździa.
Wbiłam go lekko, aby sprawdzić czy jest wszystko okej. Jest równo, więc wbijam
dalej i nagle usłyszałam kobiecy głos z telewizora : … była już martwa, gdy przyjechała karetka. Kierowca uciekł z miejsca
zdarzenia, nie ma świadków. Ałć !! Krzyknęłam, gdy przez przypadek młotkiem
uderzyłam swojego palca zamiast gwoździa. O nie, złamany paznokieć, krew. Nie,
nie, nie. Szybko pod wodę ! Płucząc palca zimną wodą uświadomiłam sobie, że nie
mam w domu apteczki, gazy, ani nawet wody utlenionej. Świetnie. Może Matt ma.
Owinęłam palca w ścierkę i wybiegłam na klatkę. Zadzwoniłam dzwonkiem.
- Uu co masz taką złą minę ? Coś nie tak z komodą ? –
powiedział, gdy mnie zobaczył i po chwili spojrzał na owiniętą w ścierkę moją
dłoń – co się stało ?
- Masz może wodę utlenioną, jakąś gazę, albo bandaż ? –
powiedziałam prawie ze łzami w oczach, bo właśnie poczułam okropny ból.
Odwinęłam dłoń i Matt zobaczył co się stało.
- Pewnie, chodź. – wpuścił mnie szybko i poszedł do łazienki
po apteczkę.
Weszłam bez zapytania do salonu i usiadłam na skórzanej sofie.
Szybko przyszedł mi na ratunek. Otworzył apteczkę na stole obok sofy i wziął
moją dłoń razem ze ścierką na swoje nogi, zaczął ją ostrożnie przemywać najpierw
zwilżoną szmatką, a później polał wodą utlenioną. Gdy krew przestawała już
lecieć delikatnie owinął mój palec bandażem.
- Dziękuję – tylko na to mnie było stać. Ból zjadł cały mój
zasób słów. Boże, ale ze mnie niezdara... Jak ja pójdę jutro z bandażem na rozmowę o pracę ? Skrzywiłam się i chyba Matt to zauważył. Spojrzał na mnie z
zatroskaną miną i uniósł mi palcem podbródek.
- Ej, spokojnie wszystko będzie okej, trochę poboli i
przejdzie. A komodę zaraz ci złożę. To młotek tak cię załatwił? – pomachałam potwierdzająco
głową – Oh, w takim razie obiecuję, że za to pożałuje – uśmiechnął się
pocieszająco.