wtorek, 15 listopada 2016

Rozdział 1

   Piję w spokoju poranną kawę i czytam mój ulubiony modowy magazyn, gdy słyszę pukanie do moich drzwi. W końcu moich i tylko moich. Przedwczoraj się tutaj wprowadziłam, bo miałam już dość mieszkania z wścibską siostrą.

   Ponowne pukanie. Co za genialny człowiek nie zauważył dzwonka… Jest centralnie koło klamki. Podeszłam do drzwi, stanęłam na palcach, bo oczywiście do wszystkiego jestem za niska i uniosłam metalową blaszkę od wizjera. Przed drzwiami stoi młody, delikatnie umięśniony mężczyzna z rękoma schowanymi za plecami jakby coś trzymał i chciał to ukryć. A on co ? Nagle zachwiałam się i upadłam z piskiem na karton z częściami do komody. Ała, potłukłam sobie kość ogonową, super. Szybko się pozbierałam i otworzyłam drzwi, powitał mnie śnieżnobiały uśmiech.

- Cześć jestem Matt, coś huknęło. Wszystko w porządku ?
- Cześć, yy tak.
- Mieszkam naprzeciwko – powiedział wskazując palcem drzwi które znajdowały się dokładnie 2,5 metra przede mną – widziałem cie dwa dni temu jak wnosiłaś swoje rzeczy i pomyślałem, że się przywitam – wyciągnął prawą rękę zza pleców, a w niej trzymał czerwonego tulipana – lubię też być miły. Moja babcia zawsze mówiła, że pięknym kobietą powinno się dawać piękne kwiaty.

   Zaśmiałam się cicho, bo to naprawdę było miłe.

- Twoja babcia dobrze mówiła.
- Tak pomyślałem – spojrzał za moje ramię na karton z komodą – że może przyda ci się jakaś pomoc, na przykład w składaniu  mebli.
- Za dużo myślisz, ale no tak, dziś wieczorem czeka mnie randka z wiertarką i młotkiem, ale myślę, że dam sobie sama radę. – Nie lubię, gdy mężczyźni uważają, że kobiety nie dadzą sobie same z czymś rady. Chociaż dobrze wiem, że nie o to mu chodziło. Chciał po prostu zaproponować swoją pomoc.
- Okej, w takim razie, gdybyś zmieniła zdanie i mógłbym przyłączyć się do randki lub po prostu potrzebowałabyś pomocy to daj znać, daleko do mnie nie masz.

   I ten jego uśmiech… Niech lepiej przestanie bo znowu się przewrócę i będzie musiał mnie odklejać od wycieraczki. 

- Okej, w razie czego przyjdę po pomoc. Cześć.
- Cześć.

   I zamknęłam drzwi.

   Po dopiciu kawy poszłam do sklepu bo moja lodówka świeciła pustkami. Gdy wróciłam zrobiłam obiad i zjadłam go leżąc przed telewizorem. Zmyłam naczynia i postanowiłam zabrać się za komodę.
Starannie rozerwałam nożem taśmę, którą było obklejone pudełko i je otworzyłam. Pierwsza w oczy rzuciła mi się instrukcja więc położyłam ją na blacie, który oddzielał kuchnię od salonu. Wzięłam pudełko z śrubkami i oczywiście jak to ja musiałam je posegregować, żeby wszystko dobrze widzieć, czarno na białym. To samo zrobiłam z deskami od szuflad i zewnętrznej części komody. Okej, więc zaczynamy. Otworzyłam instrukcję i sprawdziłam co będzie mi potrzebne. Młotek, śrubokręt płaski i krzyżowy. Chwila… młotek. Tego mi brakowało. – No nie ! – zawiedziona usiadłam na podłodze. Spojrzałam na zegarek w telefonie – 18:49. Super, rodzice jak co środę pojechali do starych znajomych, więc nawet nie ma co próbować się do nich dodzwonić. A tak chciałam złożyć ją dzisiaj bo to jedyne co mi zostało, resztę mebli odkupiłam w przystępnej cenie od poprzednich właścicieli. Chwila, a Matt ? W końcu powiedział, że mogę na niego liczyć. No dobra, jeśli powiem, że potrzebuję tylko młotek to może nie uzna, że nie daję sobie z nią rady. Wstałam, wyszłam na korytarz i zadzwoniłam dzwonkiem.

- Cześć, jednak się przydam ? – powiedział znowu tak się uśmiechając.
- Hej, potrzebuję tylko młotek. – Niech nie myśli, że nie dam rady.
- Dobrze, zaraz coś znajdę, proszę wejdź – zachęcił mnie machnięciem ręki, otwierając szerzej drzwi.

   Weszłam do środka i kiedy on poszedł po młotek ja rozejrzałam się po malutkim korytarzu. Zaraz koło drzwi była wbudowana duża, rozsuwana szafa w ścianę z lustrem na środku. I w sumie to tyle jak na korytarz. Był wąski, więc się nie dziwię. Przyszedł Matt.

- Proszę – powiedział podając mi młotek – może jednak chcesz, żebym ci pomógł ? – Zapytał z troską.
- Dziękuję. I spokojnie dam sobie radę. – odpowiedziałam uśmiechając się i wychodząc na klatkę. 

   Pomachał mi na pożegnanie i zamknął drzwi.

   Weszłam do mieszkania i rzuciłam mi się w oczy deska, z której miałam zrobić wieszak. Wcześniej ją tylko przetarłam papierem ściernym i pomalowałam na miętowo. Teraz wygląda pięknie, miała jeszcze wyrzeźbione brzegi co dodawało jej uroku. Obok leżała torebeczka z białymi dużymi gwoźdźmi, które chciałam w nią wbić, aby wieszać na niej moje ulubione kapelusze i szale. Skoro mam już młotek to może to zrobię ? Tak. Wzięłam wszystko i poszłam do salonu. 
Na kartonie położyłam deskę i zaznaczyłam ołówkiem gdzie je mogę wbić. Przy okazji, że leżał obok pilot od telewizora to włączyłam wiadomości. Okej, działajmy – powiedziałam w myślach zabierając się za pierwszego gwoździa. Wbiłam go lekko, aby sprawdzić czy jest wszystko okej. Jest równo, więc wbijam dalej i nagle usłyszałam kobiecy głos z telewizora : … była już martwa, gdy przyjechała karetka. Kierowca uciekł z miejsca zdarzenia, nie ma świadków. Ałć !! Krzyknęłam, gdy przez przypadek młotkiem uderzyłam swojego palca zamiast gwoździa. O nie, złamany paznokieć, krew. Nie, nie, nie. Szybko pod wodę ! Płucząc palca zimną wodą uświadomiłam sobie, że nie mam w domu apteczki, gazy, ani nawet wody utlenionej. Świetnie. Może Matt ma. Owinęłam palca w ścierkę i wybiegłam na klatkę. Zadzwoniłam dzwonkiem.

- Uu co masz taką złą minę ? Coś nie tak z komodą ? – powiedział, gdy mnie zobaczył i po chwili spojrzał na owiniętą w ścierkę moją dłoń – co się stało ?
- Masz może wodę utlenioną, jakąś gazę, albo bandaż ? – powiedziałam prawie ze łzami w oczach, bo właśnie poczułam okropny ból. Odwinęłam dłoń i Matt zobaczył co się stało.
- Pewnie, chodź. – wpuścił mnie szybko i poszedł do łazienki po apteczkę. 

   Weszłam bez zapytania do salonu i usiadłam na skórzanej sofie. Szybko przyszedł mi na ratunek. Otworzył apteczkę na stole obok sofy i wziął moją dłoń razem ze ścierką na swoje nogi, zaczął ją ostrożnie przemywać najpierw zwilżoną szmatką, a później polał wodą utlenioną. Gdy krew przestawała już lecieć delikatnie owinął mój palec bandażem.

- Dziękuję – tylko na to mnie było stać. Ból zjadł cały mój zasób słów. Boże, ale ze mnie niezdara... Jak ja pójdę jutro z bandażem na rozmowę o pracę ? Skrzywiłam się i chyba Matt to zauważył. Spojrzał na mnie z zatroskaną miną i uniósł mi palcem podbródek.


- Ej, spokojnie wszystko będzie okej, trochę poboli i przejdzie. A komodę zaraz ci złożę. To młotek tak cię załatwił? – pomachałam potwierdzająco głową – Oh, w takim razie obiecuję, że za to pożałuje – uśmiechnął się pocieszająco.